Paryż to wciąż najważniejsza stolica mody

Pasjonat mody Adam Leja, którego kolekcja ubrań i dodatków liczy pięć tysięcy eksponatów, pokazywał ostatnio zgromadzone przez siebie kreacje Christiana Diora na wystawie w Łodzi. Z miłości do haute couture poszukuje unikatów z metką "Made in France", a inspiracji w kwestii współczesnego stylu szuka na ulicach Paryża. – Tam ludzie mają na siebie pomysł – mówi.

Właśnie zakończyła się wystawa "Christian Dior i ikony paryskiej mody" w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi. Eksponaty pochodziły z pana prywatnej kolekcji. Ma pan poczucie, że zwiedzający wychodzili z niej z większą wiedzą o modzie?

Adam Leja: Cieszę się, że moja wystawa odbyła się w Łodzi, mieście o włókienniczej tradycji. Z drugiej strony szkoda, że w Polsce brakuje muzeum mody z prawdziwego zdarzenia. To wielka szkoda, bo na świecie wystawy ubioru osiągają rekordową ilość zwiedzających. Moda jest mniej hermetyczna niż chociażby malarstwo. Oglądając ekspozycje, można poznać epokę, z której pochodzą stroje, nawet jeśli nie wiedziało się o niej wcześniej zbyt wiele. Moda uczy historii dosłownie od podszewki. Na wystawie "Spragnieni piękna", która odbyła się rok temu w Muzeum Narodowym w Warszawie, zaprezentowałem zaledwie dwie suknie z lat 20. i 30. z mojej kolekcji. To właśnie one podobały się najbardziej, mimo że ściany zdobiło świetne malarstwo. Tak było też z moją wystawą w Łodzi. Zwłaszcza że samo hasło "Dior" przyciąga tłumy. Magia nazwiska zrobiła swoje.

W Polsce Dior jednoznacznie kojarzy się z luksusem?
Kojarzy się z wielką modą. Na Zachodzie łatwiej dotrzeć do Diora. Wystarczy wejść do butiku marki. Na wystawie wiele osób po raz pierwszy w życiu mogło zobaczyć z bliska modę przez duże "M", czyli kreacje haute couture. Zobaczyć i niemal dotknąć. Obiekty nie były wystawione w gablotach, tylko na manekinach, na wyciągnięcie ręki od zwiedzających. Bo te przepiękne tkaniny z bliska wyglądają jeszcze piękniej. Zaczynają żyć. Rola Diora jest nie do przecenienia. To on po II wojnie światowej przywrócił kobietom elegancję. Dlatego wybrałem jego, a nie chociażby Chanel, której najlepsze lata przypadają jednak na lata przedwojenne.

Ale Dior nie jest pana osobistą miłością.
Nie, moją miłością jest Elsa Schiaparelli. Założyła swój dom mody przed II wojną, po wojnie próbowała go reaktywować, ale z mniejszym sukcesem. Gdy dowiedziałem się, że jej wnuczka, modelka i aktorka Marisa Berenson, wystawia na sprzedaż pamiątki po niej, czym prędzej pojechałem do Paryża. Moim pierwszym zetknięciem z haute couture były właśnie archiwalne modele jej projektu. Dom mody Schiaparelli niedawno został reaktywowany i bardzo chciałem zobaczyć nowe kreacje. Nie wiedziałem, że na spotkanie powinienem był być umówiony. Przyszedłem z ulicy. Myślałem, że będę musiał odejść z kwitkiem, ale przekonałem asystentkę, że naprawdę mi zależy. I wjechałem kryształową windą na piętro, gdzie mogłem podziwiać suknie haute couture.


A jaką epokę kocha pan najbardziej?
Międzywojnie. Od ubrań z tej epoki zaczęła się moja kolekcja. Trzon to Art Deco. Rozrosła się teraz do strojów z połowy XIX wieku, a w XX wiek sięga bardzo daleko, bo aż po lata 90., a nawet 2000. Im nowsze, tym trudniej je kupić, bo osiągają zawrotne ceny. Ale zamysłem wystawy "Christian Dior i ikony paryskiej mody" było pokazanie krawiectwa powojennego, stąd wybór Diora jako centralnej postaci. Nieprzypadkowo dla Diora pracowało wielu późniejszych mistrzów, jak chociażby Yves Saint Laurent.

Pana zdaniem New Look wciąż stanowi największy przełom w modzie?
Tak. Po emancypacji lat 20., gdy kobiety nosiły sukienki krótsze i luźne, po wojnie New Look wziął sylwetkę w ryzy. Krytykowano Diora za to, że ponownie uwięził kobiety w gorsecie. Ale figura wyglądała wspaniale! Oczywiście nie każda. Księżna Windsoru narzekała, że New Look ją pogrubia.

Jak ocenia pan współczesne kolekcje domu mody Dior?
Najbardziej twórcza, choć inna od założeń Diora, była moda tworzona przez Johna Galliano. Jako modowy erudyta garściami czerpał z historii mody. Po nim nikomu nie udało się już tworzyć równie spektakularnych pokazów. Obecna projektantka domu mody, Maria Grazia Chiuri, myśli już o marce zupełnie inaczej. Swoimi kolekcjami otwiera się na młodszą klientelę, jednocześnie czerpiąc z mody lat 70. z archiwów domu mody Dior. Próbował tak postępować wcześniej następca Diora, Marc Bohan. Zmienił sylwetkę mistrza, wiedząc, że kolejne pokolenie dziewczyn nie chce nosić tego, co ich matki.

Młode klientki potrzebują nowych inspiracji, ale wciąż cenią luksus.
Ale czym jest dzisiaj luksus? Luksus nie jest tożsamy z logo. Docenienie luksusu to nie to samo, co szpanowanie marką. Torebka Diora to symbol statusu. Nosząc ją, pokazujemy, że nas na nią stać. Podobnie jak z Louis Vuitton, marką, której nie jestem fanem. Nie lubię ostentacji. Mam znajomą, która nosi brylanty, ale cieszy się, że ludzie myślą, że to cyrkonie. Bo nie chce obnosić się z bogactwem. W mojej prywatnej garderobie logo raczej też odrzucam. Mam trochę takich rzeczy, ale wolę dyskrecję. W kolekcji też nie kieruję się ceną. Najdroższą rzecz kupiłem za kilka tysięcy, najtańszą za kilka złotych. To wymaga dobrego oka. I wiedzy, żeby rozpoznać autentyczność. Niestety ceny idą w górę. A mój apetyt rośnie w miarę jedzenia. Zdarza mi się żałować, że nie kupiłem czegoś, bo nie było mnie akurat stać. Tak było z sukienką, model Monte Carlo, Christiana Diora z 1954 r., która kosztowała dwa i pół tysiąca dolarów. Nie miałem wtedy takiej sumy. Dziś jest warta sześć razy więcej.


Zdrowy rozsądek wziął wtedy górę?
Trzeba wyważyć między uzależnieniem a możliwościami. Nie jestem milionerem, który może wydać każdą sumę na aukcjach w Sotheby's czy Christie's. Informacje o dostępnych ubraniach dostaję często pocztą pantoflową. Wyrobiłem sobie przez lata sieć kontaktów. Dzięki temu mogę czasami płacić w ratach. Sprzedający mają do mnie zaufanie. Na chwilę przed otwarciem wystawy w Łodzi przylatywały z Londynu i Paryża suknie, za które jeszcze nie zapłaciłem. Takie znaleziska zawsze wywołują we mnie emocje. Jako że te stroje są unikatowe, nigdy nie wiem do końca, jak wyglądają. Myślałem, że do jednej z sukni trzeba będzie doszyć halkę, a okazało się, że ma pod spodem pięć warstw różnej grubości tiulu.

Czego pan nie zbiera?
Mody męskiej. Dlatego, że nie zmieniała się tak szybko, jak damska. I dlatego, że miałbym pokusę, żeby te ubrania nosić. A te, które kolekcjonuję, traktuję jak dzieła sztuki, a nie przedmioty użytkowe. Zwłaszcza haute couture, w których każdy szew jest wykończony ręcznie.

Szuka pan ubrań także w internecie?
Stroje z epoki można znaleźć wszędzie, łącznie z targiem staroci. Część rzeczy można kupić od projektantów po pokazie. Jeszcze inne, noszone przez gwiazdy czy modelki, trafiają potem w ręce ich asystentek, a tamte sprzedają te kreacje na aukcjach. Nie mógłbym nazwać mojego zbioru kolekcją, gdybym kupował rzeczy w sklepach. Radością jest ich szukanie w nietypowych miejscach.

Pojęcie vintage się zmieniło. Teraz mówi się tak nawet o rzeczach sprzed 10-15 lat.
Tak, można je nosić dowolnie do dzisiaj. Inaczej funkcjonują stroje z na przykład lat 30. Nie są już na tyle trwałe, żeby można je było włożyć. Często też nie zgadza się rozmiar. Wtedy kobiety były drobniejsze. Widać to zwłaszcza na przykładzie butów. Większość obuwia sprzed wojny ma rozmiar mniejszy niż najpopularniejsze dziś 37-38.

Patrząc na kreacje z pana kolekcji, myśli pan o kobietach, które je nosiły?
Tak, wyobrażam sobie, na jakim balu właścicielka wystąpiła w danej kreacji. W fałdach jednej z sukni balowych znalazłem kiedyś confetti. Może bawiła się w niej w sylwestra? Kiedyś w szwie torebki z krokodyla z lat 30. znalazłem zdjęcie mężczyzny. Może ukrywała je tam w czasie wojny? Ale nie lubię zapędzać się w snuciu tych historii. Nie chcę myśleć o ubraniach w kategoriach braku, pustki, utraty. Wtedy nie mógłbym na nie patrzeć. Wolę widzieć w modzie trwanie, a nie przemijanie.

Pana kolekcja liczy już pięć tysięcy artefaktów. Ma pan plan na jej rozwój?
Nie, zwłaszcza że nigdy nie zakładałem, że stworzę kolekcję, ale obecnie przestać nie mogę. Bo zawsze mogę wypełnić luki, znaleźć lepsze, rzadsze egzemplarze. Nie robię tego dla splendoru, tylko dla radości ludzi, którzy mogą te rzeczy potem oglądać. Może otworzę prywatne museum? Czas pokaże.

Sam konserwuje pan swoje znaleziska?
Tak, czasami od razu, jak tylko dostanę przedmiot do ręki. A czasami wracam do tej rzeczy po kilku latach. Uczę się tej sztuki. To działanie mnie wycisza. I ćwiczy cierpliwość. Czasami powtarzam proces kilka razy, żeby efekt był wręcz idealny. Przyznaję, że kilka rzeczy zniszczyłem zbyt pochopnym działaniem. Teraz wiem, że trzeba dobrze przeanalizować proces konserwatorski.

Jeśli chodzi o modę bardziej współczesną, spogląda pan z zachwytem na polskie ulice?
Wolę ulice paryskie. Tam ludzie mają na siebie pomysł. I wcale nie chodzi o kupowanie ubrań drogich. Tylko o łączenie ubrań w taki sposób, że wyglądają jak z wybiegu. U nas brakuje jeszcze tej odwagi. Chociaż uwielbiam patrzeć na starsze panie, które wyglądają, jakby zatrzymały się w którejś z minionych epok – latach 50., 60., czy 70. Noszą ubrania z tamtych czasów, bo nie dość, że były lepszej jakości, to jeszcze one o nie dbały. Teraz nie szanuje się rzeczy.

Jakie są tajniki tego osławionego paryskiego szyku? *
Jakość i prostota. Paryżanka może założyć białą bluzkę i czarne spodnie, ale zawsze będzie miała świetne buty, torebkę chociażby od Hermesa, jedwabną apaszkę oraz biżuterię, nawet sztuczną, ale podkreślającą jej urodę. Są wierne ulubionym markom na przykład Celine, Sonii Rykiel, Ninie Ricci, Isabel Marant. Strój paryżanek bywa przegięty, ale zawsze w dobrym guście. Paryżan też. Tam niektórzy mężczyźni chodzą z damskimi torebkami. Może bym tak nie zrobił, ale wygląda to ciekawie.


*
A podziwia pan styl jednej konkretnej osoby?

Nie, chociaż doceniam kobiety, które świetnie się ubierają. Takie jak Carla Bruni, która wygląda nienagannie. Nikt nie powiedziałby, że ma na sobie drogie ubrania, bo nosi się prosto. Farida Khelfa, która przez kilka lat była twarzą Domu Mody Schiaparelli, też ma taki styl – prosty, ale wyrazisty.

Dlaczego wciąż spoglądamy na Paryż w poszukiwaniu inspiracji?
To kolebka mody. Tu moda jest częścią kultury, nieodzownym elementem życia codziennego, sztuką. Paryż to dla mnie wciąż najważniejsza stolica mody. Zwłaszcza że tutaj, jako miłośnik mody, od początku jestem przyjmowany z otwartymi ramionami.

W młodości mieszkał pan w Stanach?
Tak, tam nabrałem pewności siebie. Ale to zupełnie inny świat, nieporównywalny do Europy. Paryż ukształtował mnie chyba w większym stopniu, bo wylądowałem tam w czasie studiów sam, zdany wyłącznie na siebie. To była szkoła życia. Z racji tego, że nie miałem zbyt dużo pieniędzy, a chciałem zaoszczędzić na metrze, całe miasto przechodziłem na piechotę. Poznałem je od najprawdziwszej strony.

Nie miał pan kompleksów na punkcie Paryżan?
Nie, zwłaszcza, że mój strój był komplementowany. Pamiętam, że przyjechałem do Paryża w marynarce kupionej w warszawskim butiku. To były lata 80., więc może pani sobie wyobrazić, że tkanina nie była najwyższej jakości. Ale krój się Francuzom spodobał.

Bywa pan na pokazach w Paryżu?
Tak, jestem tam regularnie dwa razy do roku. Te pokazy robią na mnie ogromne wrażenie. One są realizowane jak prawdziwe spektakle, a nie imprezy ze ściankami dla gwiazd.

Alexander McQueen powiedział kiedyś, że jego moda jest najbliższa temu, co można by uznać za angielskie haute couture. Ale wysokie krawiectwo istnieje tak naprawdę tylko w Paryżu.
Tak, tylko tutaj jest tradycja haute couture. Nigdzie indziej nie ma tylu warsztatów rzemieślniczych, w których pracują specjaliści od haftów, koronek, biżuterii. Dom Mody Chanel wykupił wiele takich pracowni, żeby ocalić dziedzictwo i mieć unikatowe elementy do swoich współczesnych kolekcji. Tylko w Paryżu są np. sklepy z guzikami, których historia sięga XIX wieku. Żeby stworzyć kreację haute couture, trzeba mieć zaplecze.

Poleć tę relację znajomym
Udostępnij Tweetnij